Obudziłam się i wciąż tkwiłam w szpitalu. Co jakiś czas odwiedzała mnie pielęgniarka i było u mnie kilku lekarzy by zapytać jak się czuję, za każdym razem odpowiadałam im że w porządku i mogą mnie już wypuścić, ale nie słuchali. Gdy po raz kolejny odwiedziła mnie pielęgniarka, zapytałam:
- Czy długo jeszcze będę musiała tu leżeć? Ja na prawdę czuję się już na siłach by wrócić do domu.
- Niestety nie mi o tym decydować. Rozumiem że możesz się tak czuć, ale zawsze może zdarzyć się coś, czego nie przewidzisz. Uwierz mi proszę, że nie bez powodu lekarze cię tu jeszcze trzymają. -Odpowiedziała życzliwym tonem, chociaż łatwo dało się wyczuć zmęczenie w jej głosie, pewnie jest tu już cały dzień.
- Jest tak jak powiedział mi tata? To jest zwykłe wycięczenie organizmu, czy coś innego? - zapytałam.
Pielęgniarka spojrzała na mnie nie ufnie i jedne co powiedziała to:
- Nie jestem upoważniona do udzielania takich informacji.
- Jak to nie!? -zdenerwowałam się- Jak to nie? Jest pani pielęgniarką, a ja jestem pacjentką! Ja pani udzielam upoważnienia! Chcę do cholery wiedzieć, co mi jest!
Kobieta tylko wzruszyła ramionami i wyszła.
No kurde, jak tak można? Jestem przecież pacjentką i powinnam wiedzieć co mi dolega, bo jak nie to zaraz kurwa pójdę i dowiem się na własną rękę, albo po prostu stąd wyjdę. Poczułam delikatne zmęczenie i oparłam się wygodnie na poduszce. Rozejrzałam się po pokoju, nic nie zmieniło się w jego wyglądzie. Spojrzałam na stoliczek po prawej stronie mojego łóżka, nic nadzwyczajnego- zwykły szpitalny stoliczek z półeczką na moje rzeczy. Właśnie... a propos moich rzeczy, może ktoś mi coś przywiózł. Podniosłam się na łokciach i zaczęłam grzebać w rzeczach które miałam na stoliku, nie było tego jakoś szczególnie dużo: herbatniki, sok pomarańczowy i mała czarna torba w której (jak mniemam) były moje rzeczy.
Wzięłam torbę na kolana i ją otworzyłam. W środku znalazłam świeżą bieliznę, zwykłe czarne legginsy i koszulkę, ładowarkę do telefonu, gumy do żucia i właściwie tyle. "A jeśli mowa o ładowarkach, to gdzie mój telefon?" pomyślałam. Sprawdziłam pod poduszką, nie było. Przeszukałam całe łóżko, łącznie z miejscem między materacem a poręczą i też go nie było. Bez paniki. Popatrzyłam na stolik, ale na nim nie było nic, po za sokiem i herbatnikami, ale zauważyłam, że stoliczek ma zamykaną na klucz szafkę, na szczęście w zamku był kluczyk. Przekręciłam kluczyk i otworzyłam, był tam. Wyciągnęłam swoją zgubę i odblokowałam. Zobaczyłam że mam 3 nie odebrane połączenia i 10 SMS'ów. Jedno połączenie było od Caroline, a dwa następne od Brad'a. Brad... (PUŚĆCIE SOBIE TERAZ MUZYCZKĘ- http://www.youtube.com/watch?v=AbXnLn5-7MA) Nagle myśl o nim wywołała mały dreszcz na moim karku, a dłonie zaczęły mi się pocić. Brad, gdzie ty teraz jesteś? Czemu cię tu nie ma? Zabierz mnie stąd! Proszę, bądź przy mnie... Przyjedź, przytul, pocałuj... Niestety, to tylko ciche błaganie myśli. W oczach poczułam łzy, bez niego czułam się słabsza, zwłaszcza teraz, po tym co zrobił Sam. Znałam go może... nie wiem, jakiś tydzień mniej więcej, a bardzo się z nim zżyłam. Historia dosyć porypana. Poznajemy się na małym spotkaniu u mnie w domu, gramy w butelkę, całujemy się, na drugi dzień umawiamy się na spotkanie, spędzamy razem miło czas, później robię mu przykrość pojawiając się na jego koncercie z Sam'em, następnie widzimy się na imprezie dobroczynnej jego rodziców, tam Sam łamie mi serce, Brad mnie odwozi do domu i pociesza, przytulam się do niego i zasypiam wtulona w niego, na drugi dzień dostaję informację o tym że wyjechał na inny kontynent.
Nim się obejrzałam, siedziałam zaryczana na łóżku z telefonem w ręku. Płakałam i byłam coraz bardziej słaba, postanowiłam jednak że przeczytam jeszcze te SMS'y. Dwa były od Darcy, a jeden od Caroline, następne były od Brada. Te od Darc i Carol zostawiłam na kiedy indziej, stwierdziłam że przeczytam te od Brada od razu, póki mam siłę.
SMS nr 1:
Od: Brad:
Cześć Marc. Mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie.
Zapomniałem o tym że wyjeżdżam.
Przepraszam, powinienem był pamiętać i powiedzieć Ci.
Wybacz mi, proszę odezwij się.
Martwię się.
SMS nr 2:
Od: Brad:
Dlaczego nie odpisujesz?
Dlaczego nie odbierasz?
Aż tak jesteś na mnie zła?
Wiem, zachowałem się jak dupek.
Żałuję... na prawdę żałuję, że zapomniałem i nie powiedziałem.
Przebacz mi.
Nie wiem, czy byłam w stanie czytać dalej... Byłam na niego zła, za to że mi nie powiedział że wyjeżdża, ale bardziej niż zła, byłam tym załamana. Wyjechał, nie będzie go przez kilka miesięcy, nie zobaczę go. Nie zobaczę, jak się do mnie uśmiecha, ani nie poczuję zapachu jego perfum. Nie porozmawiam z nim, nie pośmieję się. Nie zrobię niczegokolwiek co jest z nim związane chociaż w najmniejszym stopniu, bo po prostu wyjechał. Jednak nie mogłam być na niego za to zła, nie powinnam. W końcu to jego praca, nie od decyduje kiedy i gdzie ma grać.
Otarłam łzy i czytałam dalej.
SMS nr 3:
Od: Brad:
Marcie, czy wszystko z tobą w porządku?
Jesteś zdrowa? Jest Ci lepiej po tym wszystkim?
Nie, nie jest w porządku Brad... Ani ze mną, ani w ogóle, nie ma Cię. Kiedy Cię nie ma nie może być nic w porządku.
SMS nr 4:
Od: Brad:
Marcie. ODEZWIJ SIĘ W KOŃCU!
SMS nr 5:
Od: Brad:
Mam nadzieję że z tobą wszytko w porządku.
SMS nr 6:
Od: Brad:
Dedykowałem Ci piosenkę na koncercie.
Tęsknię za tobą.
SMS nr 7:
Od: Brad:
:(
Ostatni SMS przeczytałam już tylko jednym okiem, drugie miałam już zamknięte, a gdy tylko przeczytałam wiadomość, zasnęłam.
**********************************************************************************
Witam wszystkich bardzo serdecznie, po tak długiej nie obecności!
Mam nadzieję, że wybaczycie mi mój brak zaangażowania w blog :*
Postanowiłam wrócić i pisać dla Was, po przeczytaniu całego bloga. Uznałam że to opowiadanie było na prawdę dobre i to podłe wobec Was że przestałam pisać.
Wszelkie pytania, co do bloga lub te bardziej osobiste możecie kierować na mojego aska!
CZYTASZ?- KOMENTUJ!
~ Jane